|
Wolontariat w Gruzji z PMM
2010-02-17
Trzy miesiące pobytu w Gruzji były jak mrugniecie okiem - szybkie, wręcz niezauważalne. Pojechałam tam w ramach wolontariatu zagranicznego finansowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych - Departament Współpracy Rozwojowej i Polską Misję Medyczną. Moim zadaniem było zorganizowanie rehabilitacji dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej skupionej przy Misji O. Kamilianów w Tbilisi. Kilka lat temu, o. Paweł - dyrektor ośrodka, i brat Robert stworzyli warsztaty terapii zajęciowej dla 30 podopiecznych - osób niepełnosprawnych w różnym stopniu. Brakowało rehabilitacji. Stworzenie od podstaw rehabilitacji jest zawsze wyzwaniem. W warunkach gruzińskich okazało się wyzwaniem podwójnym...
Brak sprzętu rehabilitacyjnego, brak sklepów, które mogłyby ten sprzęt sprowadzić, spowodowały, że kliny i wałki rehabilitacyjne zamawiałam w opolskiej firmie. Przywiózł je polski Obserwator Pokojowy. Piłki rehabilitacyjne przyleciały samolotem, a zwykłe materace do spania, po obszyciu skajem, służyły jako materace gimnastyczne. Jakoś się udało. Z każdym dniem bardziej doceniałam różnorodność sprzętu, który posiadam do pracy w Fundacji. Tam przez większość czasu miałam tylko swoje ręce... Ponad miesiąc jeździłam do domów dzieci niepełnosprawnych, usprawniając je w warunkach skrajnego ubóstwa. Ciężkie to były chwile. Gdy podstawowy sprzęt został zgromadzony, zorganizowaliśmy salkę rehabilitacyjną - niestety na pierwszym piętrze ośrodka.
Niewątpliwie największym szokiem była dla mnie sytuacja materialno-bytowa rodzin. Gdy rodzi się dziecko z problemami rozwojowymi w rodzinie gruzińskiej, rodzina ta sprzedaje wszystko co ma, by opłacić lekarzy, masażystów, by móc wykupić potrzebne leki. Służba zdrowia jest państwowa, czyli bezpłatna. Oficjalnie. W praktyce trzeba opłacić wszystkich, począwszy od salowej poprzez pielęgniarki, a skończywszy na lekarzach (nie tylko prowadzącym) w szpitalu, do którego trafia dziecko.
Poznałam 14-miesięcznego Nikolasa, który z zapaleniem płuc trafił do szpitala, gdy miał pół roku życia. W szpitalu stan uległ pogorszeniu do tego stopnia, że lekarze zaproponowali matce, by go u nich zostawiła, by tu umarł. Nikt się nim nie zajmował, bo rodzina nie miała pieniędzy, by opłacić personel. Dziadkowie sprzedali już ostatnia krowę, matka nie pracowała, ojca właśnie aresztowano za kradzież złomu i osadzono w więzieniu na 8 lat... Nikolasa mama zabrała, bo wolała, by umarł na jej rękach, w domu. Przeżył to zapalenie płuc. I jeszcze kolejne - gdy ja już tam byłam. Zmarł w nocy - mniej więcej w tym samym czasie, gdy ja wsiadałam do samolotu, wracając do Polski... Chcę wierzyć, że ostatnie trzy miesiące życia były dla Nikolasa łatwiejsze... bo miał zabawki stymulujące, a mama wiedziała, jak się z nim bawić; bo przebywał w różnych pozycjach, doświadczając świata; bo poznawał smaki, zapachy; bo miał ssak, który podarowali mu szefowie Fundacji, dzięki któremu lepiej oddychał...
Dzieci niepełnosprawne są wszędzie takie same - są po prostu dziećmi - niezależnie czy mieszkają w Polsce, Gruzji czy w Afryce. Maja takie same radości, smutki, marzenia. W Gruzji często te marzenia sprowadzają się do jedzenia, najprostszej zabawki. Rodzice marzą o pampersach dla dzieci, o ogrzanym domu, o życiu bez długów. Bez wsparcia ze strony państwa i instytucji zamykają się z dzieckiem w domach, żyją na marginesie społeczeństwa. Dzieci nie są objęte obowiązkiem szkolnym, nie ma przedszkoli specjalnych, integracyjnych, nie ma indywidualnego nauczania, nie ma wczesnego wspomagania rozwoju. Rehabilitacja sprowadza się do masażu ciała i ćwiczeń biernych - jeśli na to stać rodzinę. Dzięki ośrodkowi stworzonemu przez O. Kamilianów rodziny wyszły ze swoich czterech ścian, mają kontakt z innymi ludźmi z podobnymi problemami. Jest lżej.
Nikolas, Saba, Wiki, Beka, Dżejran, Ana, Dato, Lado - każde z tych dzieci ma osobna historię. Jak każdy człowiek. Żyją tak, jak potrafią najlepiej. Czasem nie zdając sobie sprawy, że może być inaczej. Że mają swoje prawa. Prawo do godnego życia. Prawo do szacunku. Prawo do uśmiechu.
Dwa tygodnie temu zmarł trzyletni Dato wraz ze swoimi rodzicami. Całą główkę pokrytą miał bandażami, nauczył się siadać, czworakować, chodzić z pomocą drugiej osoby. Przeżył sześć operacji na oczy. Czekała go jeszcze jedna i rekonstrukcja kości twarzoczaszki. Zabił go czad z zepsutego piecyka gazowego...
Polska Misja Medyczna i Fundacja Dom Rodzinnej Rehabilitacji Dzieci z Porażeniem Mózgowym w Opolu nawiązały współpracę z ośrodkiem O. Kamilianów w Tbilisi. Mamy nadzieję, że uda nam się pomóc. Kiedyś nam pomagano. Czas spłacić długi.
Zdjęcia zamieszczono dzięki uprzejmości Misji Kamiliańskiej w Gruzji
Więcej zdjęć na http://camilliansge.multiply.com
|
|